Andrzej Dąbrówka
Języki swoje i obce

Najstarsze zdanie polskie wypowiedział cudzoziemiec, a w dodatku dywersant.[1]
Mam na myśli okrzyk "Biegajcie, biegajcie" (uciekajcie, bieżajcie), który przed bitwą legnicką 1241 roku wśród części polskich wojsk spowodował popłoch.
Sprawcą był bodaj żołnierz tatarski, który Polaków namawiał do ucieczki po polsku, a po tatarsku zachęcał swoich do walki.
Zaraz po pierwszym wypowiedziano drugie najstarsze zdanie: wygłosił je już Polak, książę Henryk Pobożny: na wieść o ucieczce oddziału Opolan z księciem Mieczysławem, który dał się oszukać dywersantowi, krzyknął on: "Gorze się nam stało!" (Spotkało nas wielkie nieszczęście)
Bez żadnego związku z poprzednimi wypowiedziano trzecie najstarsze zdanie, o którym uczyłem się w szkole, że było pierwsze: "Daj, ać ja pobruczę, a ty poczywaj". To zdanie z kolei wypowiedział Czech osiedlony w Polsce i ożeniony z Polką -- to do niej tak powiedział.
Można by wysnuć z tych zdań 3 przesłanki mitu założycielskiego polszczyzny:
1. wrogowie uczą się polskiego, aby oszukać Polaków;
2. odkąd zaczęli mówić, Polacy narzekają, że spotkało ich nieszczęście.
3. obcokrajowcy, którzy nauczą się polskiego, mówią kobietom miłe rzeczy.
Nietrudno zauważyć, że dwie z tych przesłanek przeczą sobie nawzajem. Można by takich sprzecznych mitów odnaleźć więcej: gościnność i ksenofobia; wyższość i waga polskości przeciw niższości i marginalności itd.
Ze zdziwieniem stwierdzamy, że -- mówiąc językiem Tanga Rzepicha -- praziarno polszczyzny "sadzili w praglebie" ci, co uczyli się polskiego. Nie słychać u jej kolebki kogoś, kto jednocześnie biegły był w językach obcych. Żona owego Czecha odegrała rolę tylko niemą, aczkolwiek wielce ważną, milczała bowiem po polsku i tym samym zapisała pierwszą stronę w dziejach polskiego milczenia. Gdyby wśród polskich wojów jeden znał mowę tatarską, rozpoznałby prowokatora. Można przecież twierdzić, że klęskę sprowadził nie ktoś mówiący po polsku, ale nieznajomość tatarskiego. Nie wiem, w którym ujęciu nieszczęście jest większe.

Nieznajomość języków obcych zniekształca wzajemne widzenie. Najostrzej ujawniają to stosunki kolonizacyjne. Ludy kolonizowane były przedstawiane przez kolonizatorów jako zbiorowiska osób nierozgarniętych. Cóż: musieli wypowiadać się w językach kolonizatorów, i nie mogli ich znać dobrze. To, co mówili, musiało brzmieć dziecinnie (W.F. Hermans). Dla wyrażenia tego wytworzył się cały pseudojęzyk: "Kali ukraść krowę". Tak więc niemało zależy od języka, w którym wyrażamy swą tożsamość.
Również w warunkach kolonizacji osiedleńczej, niepodbojowej, następuje wcześniej czy później jakaś osmoza języków lub narodowości. Nie zawsze wchodzi w grę przymus. Jednak o polskich stosunkach z Niemcami myślimy zwykle w kategoriach wymuszanej pod zaborem pruskim germanizacji. Przesłania to nam fakt, że koloniści niemieccy w Polsce uczyli się języka polskiego, a w końcu też zapominali swój niemiecki. Rozmówki niemiecko-polskie znajdujemy wśród najstarszych polskich druków. Wokabularz[2] "wybijany w Krakowie" u Hieronima Wietora w 1539 roku jest jednym z dowodów dokonującej się wówczas polonizacji mieszczaństwa niemieckiego. Użytkownikami książki mają być dzieci z rodzin mieszkających w polskim otoczeniu i zmuszonych do komunikacji w miejscowym języku (w poniższych cytatach pomijam zdania niemieckie).

Zaliczymy te świadectwa do najwcześniejszych polskich zdań z gramatycznymi formami rodzaju żeńskiego; wypowiadały je podczas nauki niemieckie dziewczęta. Charakterystyczna obfitość form rodzaju żeńskiego[3] odzwierciedla znany fakt, że w warunkach pokojowej kolonizacji to kobiety są pośrednikami między swoimi a obcymi. Bardzo możliwe, że książka powstała z myślą o domowej i szkolnej edukacji dziewcząt. Przybierała ona nieco śmiałe formy przysłowia, np.: W wyrywkowych ćwiczebnych wypowiedziach, spotykamy liczne obserwacje obyczajowe i nauki moralne. Z niektórych zdań wyłania się wspólnota doświadczenia, a nawet dziejowych kolei. Uczących się tych zdań niemieckich dzieci nie zaliczymy do kolonizatorów, czyli do tych obcych, co się polskiego uczą po to, by nas oszukać. Oszukać, czyli zdradzić. Błąd w tym punkcie niesie groźbę. Doznanie zdrady powoduje lęk, a wskutek lęku przed zdrajcami przestajemy słuchać także tych, co mają wobec nas dobre zamiary. Kiedy mylimy złych z dobrymi -- wtedy przydarza się wielkie nieszczęście; nieszczęściem tym jest nasza zdrada. Tak trzeba nazwać odrzucanie tych, co mają dla nas dobre słowo.
Tożsamość każdej grupy, także polskość w Europie bez granic, obroni się w pokoju, jeśli jej nie zdradzimy -- to jest jeżeli nie damy się oszukać, ale nie odtrącimy tych, co nam ufają. Nie musi nam się stać "wielkie nieszczęście". Starczy, gdy się nie damy spłoszyć złym, co krzyczą "Uciekajcie", ale nie pomylimy ich z dobrymi, którzy mówią: "Daj, ać ja pobruczę, a ty poczywaj".

__________________________
[1] W. Wydra, W.R. Rzepka, Chrestomatia staropolska. Teksty do roku 1543, Wrocław 21995, s. 165.
[2] Wokabularz rozmaitych sentencji polskim i niemieckim młodzieńcom na pożytek teraz zebrany; jedyny egzemplarz Bibl. Czartoryskich XVI.608/I; niekompletny -- brak składek A, B, i s. C1-3; tytuł odtworzył bibliograf wg edycji królewieckiej 1595; BN Mf 2223.
[3] Wbrew "młodzieńcom" w tytule, stale są żeńskie formy i zajęcia, por. na s. Ziijv-Zvijj serię "kobiecych" dialogów, sugerujących przyuczanie dziewczyn do pracy w gospodzie.


Wypowiedź panelowa na konferencji "Humanistyka polska wobec integracji europejskiej"
Warszawa, 10-11 grudnia 2001 roku.

Poszerzony i nieco zmieniony tekst  wszedł do mojego podręcznika Średniowiecze. Korzenie, „Mała Historia Literatury Polskiej” Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2005 (w druku)